FOTY


Uwaga, to jest cos w rodzaju bloga i jest pisane od dolu do gory ;)


Spedzilismy dzis super dzien nad cenote (czyt. senote). To jeziorko krasowe o ksztalcie brzegu zblizonym do kulka o srednicy 100m ale ma za to bagatela 90m glebokosci... Znowu, slonce, "plaza" (nie do konca bo zamiast piasku beton, ale szczegoly mozna pominac), piwko. Woda oczywiscie w takiej temperaturze, ze trzeba sporo zanurkowac zeby sie schlodzic. Ja jak zwykle troche sie spalilem - siedzialem w wodzie na kapoku z godzine. Ale raj.

Wczoraj to nam sie wycieczka na ruiny udala. Juz o 1 p.m. ;) bylismy na dworcu autobusowym. O 2 p.m. wyruszylismy. Do przebycia mielismy 60km. wiec nie tak duzo. W busie lekka kimka, choc ten nalezal do tych najgorszych. Droga uplynela nam slodko, potem powiedzieli nam co mamy robic, 5km. mamy do pokonania, najlepiej taksa - niby git, ale... Okazalo sie, ze juz jest po 4, hmn, cos dlugo jechalismy. Potem okazalo sie, ze taxi to tu nie ma, tylko jeden gosc czasem wozi ludzi. Dalej okazalo sie, ze nie ma juz autobusow powrotnych, a na ruiny jest 8-10 km. Potem przyjechal sasiad "taksiaza" i powiedzial, ze za 200 pesos (20USD) zawiezie nas na ruiny i spowrotem. Wtedy zaczelo nam sie juz naprawde to nie podobac! Faceta splawilismy, jednoczesnie postanawiajac, ze rozpoczeniemy jakos wracac jednak... Za 10 minut podwozki do glownej drogi, gdzie poniekad jezdzily autobusy do Chetumal "taksiaz" wzial 60 pesos... Eh, trudno, wazne ze stad dojedziemy do domu. Nie dlugo tak myslelismy, gdyz juz pierwsi napotkani ludzie uswiadomili nas, ze JUZ NIE jezdza autobusy. Jest 6.30. Niby 60 kilosow to tylko 10 godzin marszu, ale bez przesady. Tu na szczescie bad luck sie konczy bo do domu zawiezli nas zieloni anilowie :) Serio, maja taka slozbe, co ma pomagac turystom, maja zielone mundury i nie nosza broni, wiec zielone anioly. Jan (czyt. Huan), jak sie pozniej okazalo, wzial nas na pierwsze 30 km na pake do tylu, gdzie nas niezle przedmochalo, potem juz do klimatyzowanej kabiny. Okazal sie swietnym czlowiekiem, Kasia z nim cala droge rozmawiala, a ja sporo juz nawet wylapywalem. To byl mi mily akcent tego dnia. Podjechalismy pod sam dom o 7.30. Reasumujac, ponad 6 godzinna wyprawa na ruiny miasta mayow: faild. Inaczej,
Przejazd do Morocoy: 2 x 20 pesos,
Obiad z jogurtu i bulki: okolo 20 pesos,
"Taksa" do glownej drogi: 60 pesos,
Przejazdzka z zielonym aniolem: priceless

2.08.05, Chetumal.

Ach, te tropikalne plaze... Istny raj. Plywalismy tez na kajakach. Poltoragodzinna wycieczka do wyspy na zatoce Chetumal. Wiele sie nie dzialo, poza oczywiscie bosko spedzanym czasie na niczym. Spalilismy sie po raz kolejny, ja tym razem nogi... Slonce nie daruje tu najmniejszych "niedokremowan".

30.07.05, Chetumal.

Bylismy wczoraj nad sztucznym morzem, tzn. jest to zatoka Chetumal wlasciwie, a sztuczny byl tylko piasek na plazy. Obraz taki jak z pocztowek z tropikow - piekny piaseczek, woda koloru niebiesko-zielonkawego, slomiane daszki, palmy, zimna cerveza z limonka i sola... Mniam, az sam sie rozmazylem :) Moze jeszcze tam skoczymy, choc caly czas nam mowia, ze to nic w porownaniu do plaz w Tulum, czy Cancun. Moze uda nam sie tez tam pojechac, ale tu juz powaznie wchodza kwestie finansowe. To sa miejsca skrajnie turystyczne, cale bulwary pieciogwiazdkowych hoteli i b. drogich restauracji. Wiekszosc rzeczy za dolarki, a nie pocciwe pesos... Eh, w najpiekniejsze miejsca wdarla sie nasza ukochana turystyka masowa. Niestety.

Plany na dzis niezbyt konkretne jak zwykle, ale moze cos ciekawego jeszcze wymyslimy.
W srode znowu bylismy w kinie. Swietna komedia o footballistach amerykanskich w wiezieniu. Tytulu nie pamietam, ale zabawa byla przednia. Kurde, chodzimy tu czesciej do kina niz w warszawie...
Mija mniej wiecej polowa naszego wyjazdu. Jak na razie jestesmy zadowoleni na maksa i nie sadze, zeby to moglo sie zmineic.

29.07.05, Chetumal.

No dobra, bylismy wreszcie na boskiej plazy, hmn wlasciwie nie byla to prawdziwa plaza, bo zero piasku i wogole zaczynala sie od mola... Na tej lagunie jest tak, ze przy brzegu nie ma nic ciekawego, jakies zielsko i motorowki przycumowane, ale dalej... o bajka. Kilkanascie mterow w moze ciagnie sie pomost, ktory rozszerza sie na koncu robiac sporo miejsca dla spragnionych sloncza, czy cienia do wyboru. Odleglosc ta nie jest przypadkowa, gdyz wlasnie tam rozposciera sie, mniej wiecej rownolegle do brzegu, pas tej rajskiej laguny - woda ma kolor blekitnozielonkawy i temperature zupy :) Spedzilismy tam sielankowy dzien kapiac sie i opalajac na zmiane. W zasadzie mozna by nie wychodzic wogole z wody, ale jakby w niej poczytac ksiazke...

26.07.05, Chetumal.

Pogoda zrobila nam dzisiaj mila niespodzianke i deszczem chlusnela dopiero po 5 p.m. i tez tylko na krotko. Oczywiscie wykorzystalismy sytuacje i gdy wstalismy skoroswit (kolo 12) zobaczylismy palace slonce, wzielismy prysznic, potem szybkie sniadanie (1,5h) i juz chwile po 2 p.m. zajechalismy taksa do centrum. Miasteczko trudno ocenic bo wszystko zamkniete i zero ludzi na ulicach - niedziela. Bylismy nad woda, tj chyba Zatoka Chetumal, woda brudna i brak plazy zniechecaja do kompieli. Do domu wrocilismy na obiad kolo 4 i Kasia zaczela robic salsa verde - pyszny sos z zielonych pomidorow, czosnku, chile i cilantro, a ja znalazlem sobie inne zajecie... Otoz z ogrodku Pawla rosna takie zwyczajne rosliny jak banany, awokado i palma kokosowa. Wpadlem na piekne dojzale awokado i dorodnego kokosa, poniewaz awokado to zadna atrakcja i jedlismy je juz wiele razy olalem sprawe. Kokos zaineteresowal mnie bardziej: wyglada malo imponujaco, przypomina troche brazowa pilke do footballu amerykanskiego. Choc nie ma szwow :) Po odlupaniu roznymi narzedziami wloskowatego miaszu (30 min. niezlej harowki) zaczely sie shodzy. To jest twarde jak 100 diablow. Wywiercenie dziorki okazalo sie dosyc proste, ale sok nie rewelacyjny. No ale co dalej... Kazdy normalny czlowiek jak chce cos zrobic i nie wie jak to wlacza google, czyz nie? Dowiedzialem sie jednak niewiele: nalezy to zrobic kamieniem jak 10 tys lat temu :) Zdegustowany brakiem madrego rozwiazania poszedlem sprobowac i o dziwo odnioslem pelem sukces. Ceglowka zalatwila sprawe. Kokos jednak nas zawiidl, Kasia ledwo sprobowala a ja zjadlem tylko kawalek. Bounty to sciema i tyle.
Kasia czuje sie juz dobrze, a nawet chyba za dobrze bo wpadla w szal prania tak, ze nie zdazalem z wyciskaniem i wieszaniem przez 2 godziny. No moze troche przesadzam, ale... Maja tu jakies glupie pralki, jakby zatrzymali sie na czasach frani (sic!).
Aha, minal miesiac naszej podrozy...

24.07.05, Chetumal.

Ciagle pada. Trzeci dzien leje deszcz i jest zimno (25-30*C). Dwa dni nie ruszalismy sie z domu, ale dzisiaj to juz bylaby przesada... Wyruszylismy wiec na miacho, bylo kilka podejsc bo za kazdym razem jak przestepowalismy prog walilo jak z cebra. No, ale udalo sie w koncu. Taksa dotarlismy do centrum, tzn. centrum handlowego i tyle. Poszlismy do kina, potem na zakupy. Dzien udany, choc film kiepski: Bajo Amenaza (Hostage) z Brucem Willisem. Nie polecamy. Padac ma przez caly czas w sensie zasiegu prognoz pogody :) wiec pewnie dalej bedziemy robic NIC.

23.07.05, Chetumal.

Pierwszy dzien w Chetumal uplynal nam na robiebiu tylko rzeczy koniecznych: pranie, zakupy, wizyta w szpitalu i takie tam. Z tym szpitalem to nie zartuje, ale na szczescie nic na prawde powaznego sie nie stalo. Dzis pogoda iscie barowa i nic nam sie nie chce. Pewnie znowu bedziemy sie lenic.

22.07.05, Chetumal.

Troche nie pisalem bo byly kloptoty z serwerem tej strony, ale po krotce co sie dzialo.
Drugiego dnia w Merida rzeczywiscie pojechalismy na plaze i bylo calkiem spoko, choc nie powalala na kolana. Wtedy dowiedzielismy sie o huraganie, ale bardzo pobieznie - jest sobie gdzies na tam atlantyku i ma sile jeden, co prawda nie bylo bo juz byl F5.
Wierczorami chodzilismy do roznych knajpek, to z olimpijczykami, to sami, to jeszcze z kims innym, mile miejsca, choc wiekszosc jednak dla turystow.
Nastepny dzien wypalil kiepsko, pojechalismy do Dziticialtun (czy jakos tak), ktore kosztowalo majatek za wejscie, a bylo slabe i jeszcze dorwala nas burza. A na koniec wygonily komary...
Caly czas tez z Kasia i Marysia "szukalismy" Pawla po roznych hotelach - Pawel byl jednym z przewodnikow na Miedzynarodowej Olimpiadzie Matematycznej. Krecilismy sie wiec miedzy hallami 5gwiazdkowych hoteli i schladzalismy nasze ciala w oczekiwaniu na Pawla.
W niedziele, przeddzien huraganu, pojechalismy z olimpijczykami do Chichen Itza. Bylo rewelacyjnie. Wtedy na powaznie zaczeli nas straszytc. No a jak meksykanie mowia cos serio to nalezy sie tego bac. Znalazlem w necie zdjecia satelitarne i prognozy - to bylo przerazajace. Na szczescie nasz hostel mial 40 cm mury i byl z czasow kolonialnych wiec juz pare takich przezyl.Choc ktos nam mowil, ze ten huragan jest wiekszy od tego z 83 roku ktory przemlocil caly Yukatan z sila najwieksza w historii... No nie wazne, koniec koncow huragan przespalismy :) ja sie pare razy rano przebudzilem, ale jak juz wstalismy na dobre rano o 13 (trzeba bylo sie napracowac zeby go dobrze przespac :) to mi sie smiac chcialo, ze to juz koniec. Strachy na lachy - F2 sie z niego zrobilo nad polwyspem.
Najlepsze jednak przezycie to byla impreza w cyklonowa noc - cala ekipa z hostelu siedziala przy jednym stole i pilismy, gadalismy (w 5 jezykach conajmniej, a wszyscy sie rozumieli). Wszystkim bardzo smakowala Zubrowka. Ogolnie rewelacja.
Po huraganie spedzilismy jeden dzien w domu, a nastepny Kasia robila swoje wywiady do pracy magisterskiej i ogolnie zwiedzalismy sama Meride.
Dzisiaj przyjechalismy do Chetumal i na razie jestesmy sami w domu. Pawel przyjedzie tu z Marysia dopiero za tydzien.

to teraz troche o tym, co jemy:
przede wszystkim poznajemy owoce, ktorych nazwy slyszelismy moze kiedys, ale nie jedlismy na swiezo: papaje, pitaje, mango, guajawe. poza tym znane nam, ale tu duzo lepsze anansy, limonki, melony, arbuzy, banany (rowniez smazone), granaty, liczi.
z nie owocow, to przede wszystkim chili, ktore dodaja tu do wszystkiego:), nawet do lodow i lizakow. tortillas na 1000 sposobow, m.in. quesadillas, frijoles, czyli czarna fasole, ryz po meksykansku czyli gotowany na czerwono lub zolto, czy zielono. teraz juz nie pamietam, co jeszcze, ale dopisze, jak sie cos pojawi.
jak tylko jemy cos poza domem, to potem patrzymy na siebie i co chwila pytamy, czy wszystko w porzadku. do tej pory zaszkodzily nam tylko sliwki w Agua Blanca, bo zjedlismy ich za duzo:)
tutaj kuchnia nie funkcjonuje bez liquadora, czyli miksera z dzbankiem, bo tu wszystko sie miksuje. poza tym wszystko sie smazy, ale bez tluszczu, wiec to tak na prawde tylko podgrzewanie na blasze jest.
do picia robi sie wody owocowe, np z limonki i guajawy albo z kwiatow jamajki. pychotka i rzeczywiscie orzezwia. wino jest raczej drogie za bardzo dla nas, choc gino rossi kosztowalo w merida 40 pesos czyli ok. 12 pln. piwo jest calkiem niezle, choc slabe i wchodzi jak woda.
a jeszcze jedlismy barana (barbakoa) w agua blanca, takiego co sie go przyrzadza przez 24h. strasznie tlusty, oskar zalowal, ze nie wzial rafaholinu. to na razie tyle.

20.07.05, Chetumal.

Uff, dotarlismy do Merida. Podroz jak zwykle nie bez przygod, ale jak na razie takze z happy endem. Autobus zlapal gume i odstawil nas na parking z barem po czym zniknal na 0,5h. Na szczescie wrocil. Pierwszy szok przezylismy juz wtedy - 5h na Pd od D.F. powietrze jest juz nieco inne, gleboki wdech przypomina bardziej lyk cieplej wody niz haust swiezego powietrza. Potem 2 w nocy i kolejny przystanek - tym razem wdech to lyk raczej goracej wody...(Tobasco) Tu w Merida to pogoda jest "zejsciowa" - 35-40*C, a wilgotnosc bliska 100%. Miedzy 12 a 15 nie da sie tu poprosu zyc. Wyszlismy z klimatyzowanego hotelu i doslowanie po 3 minutach slanialem sie na nogach. Bajka. Jutro chyba skoczymy na plaze, bo to jedyne miejsce nadajace sie do takiej pogody.

14.07.05, Merida.

Wczoraj bylismy w parku wodnym El Rollo. Pofarcilo nam sie, gdzy okazalo sie, ze nasz bilet zostal wylosowany i dostalismy dfo dyspozycji domek z dzakuzi dla VIPow. Bylo super, tylko oskara bola teraz placy i tylek, Kasia ma obite kolano i zeby. Bylo strasznie zimno ;) bo tylko 30*C.
Dzisiaj jedziemy w koncu do Merida. Bedziemy na miejscu jutro rano. Niestety nie mamy zalatwinego zadnego spania, ale to przeciez Meksyk a my juz zaczynamy lapac klimat i sie tym nie przejmujemy.

13.07.05, Mexico D.F.

Wczoraj bylismy w Teotihuacan - na piramidach slonca i ksiezyca. Kiedys zyla tam calkiem pokazna cywilizacja o ktorej bardzo malo wiadomo - w samym ich miescie zylo 85 tys ludzi w swietlanym okresie. Zrobilem caly film fotek, ale lustrzanka, wiec trzeba poczekac. Za dobra rada pojechalismy tam pierwszym autobusem o 7:00 (slownie: siodmej), czyli pobudka 5:30, no kidding. Ale bylo warto: gdy wybijali 8 bylismy na juz na najwiekszej piramidzie slonca okolo 1h po jego wshodzie. Pieknie. Do 9 bylo tez dosyc malo ludzi. Kolo poludnia krupowki to pikus przy tym. Pierwszy raz spotkalismy tez polakow, ktorzy nie naleza do rodziny Pawla. Pierwszy raz podrozowalismy tez z Kasi sami po stolicy i nie tylko.
Bilet na metro: 2 pesos
Bilet na autobus: 6 pesos
Jazda pedzacym i rozsypujacym sie autobusem z niewszystkimi szybami, pelnym dziwnych ludzi w niby tyklo znanym kierunku: priceless.

11.07.05, Mexico D.F.

No to pierwszy wpis i moze potem troche fotek.
Co bylo do tej pory: po przyjezdzie pobylismy kilka dni w stolicy u cioci Pawla - zwiedzilismy troche i ogolnie odbieramy to miasto jako koszmar. Scisle centrum i lepsze dzielnice maja jakistam urtok, albo sa przynajmniej neutralne. Reszta to isnty meksyk :)
Pozniej skoczylismy (5 h jazdy autobusem - sa super wygodne) do Guanajuato do siostry Pawla. Rewelacyjna miescinka, poczesci uniwerytecka, urocze knajpy i ludzie w nich. Tam, po pobycie w klubie postanowilismy uczyc sie salsy. Pierwszy raz skosztowalem tu piwa z chile i sola. BTW oni tu wszedzie dodaja chile - jadlem juz nawet lizaki i lody z chile!
Powrot do Mexico D.F. na chwile i dalej do Agua Blanca do dziadka Pawla. Wies w gorach, 4 h od stolicy. Pierwsze miejsce w Meksyku gdzie nie docieraja turysci i pewnie jest tam tak jak 50 lat temu ;) Tam caly czas robilismy NIC. Choc w zasadzie to bylo na drugim miejscu, na pierwszym bylo Jedzenie, przez wielkie J! Zostalismy tak ugoszczeni, ze ho ho. Wspaniele miejsce, wspaniali ludzie. Bylismy na dwuch spacerach (na 6 dni): jednen w gory do wielkiego kamienia ktory sie rusza i jest nad sama przepascia (nie udalo nam sie go jednak zrzucic), a drugi (samochodem ;) do bajkowego wodospadu (tu nam cyfra padle wiec zdjecia beda jak film wywolam, stara lustrzanka ma jednak pewne zalety). Jeszcze pare slow o pogodzie tamtejszej. Jest dosc ciekawa, mianowice: rano slonce, kolo poludnia juz sporo kumulusow, 13-14 mgla sie robi w gorach, 14-15 mgla schodzi w doliny, 15-18 leje deszcz. W ciagu calego pobytu bylo tylko jedno odstepstwo - raz lalo juz od rana :). A propos mgly to nadawalaona w lesie niesamowitego klimatu - basniwo-tolkienowego.
Wczoraj wrocilismy do stolicy i do Merida (Jukatan = poludnie = cieplo) planujemy wyruszyc dopiero w srode, bo udalo nam sie kupic bilety znizkowe na autobus; ale dopiero wtedy byly miejsca. Oszczednosc ogromna.
Planujemy jeszce w stolicy zwiedzic uniwerek troche i pojechac (1h) na piramidy slonca i ksiezyca nieznancyh plemion. Widzielimy je z daleko po drodze do Agua Blanca. Robily wrazenie.

Foty z Agua Blanca. Nie chce mi sie i nie mam narzedzi by je jakos obrabia, czy ukladac. Prosze podziwiac.

9.07.05, Mexico D.F.

Hej,
Bede tu moze czasem umieszczal cos o meksyku.
moj adres to, najlepiej, grellenort@gmail.com

23.06.05, Pruszkow.