Codzienna droga do i z pracowni na warszawskiej Starówce. Podwórka, garaże, tyły posesji. Świat śmietników, zabazgranych murków z silikatowej cegły. Niby nic ciekawego, godnego uwagi, ale wystarczy się zatrzymać, popatrzyć. I … posłuchać: strzępków rozmów, dziwnych, wyjętych z kontekstu zdań.

Na Starym Mieście zlewają się nurty miejskiego życia. Mieszkańcy, spacerowicze, kelnerki, kucharze w bieli, turyści. I ciągnący za tym żerem – łaziki, giganciarze, nawiedzeni żebracy, nurki i menele. Coś się dzieje, ktoś gra, pieniążki wpadają do kapeluszy i plastikowych kubeczków, a torby zapełniają się pustymi puszkami po piwie. Śmietniki na moment łączą te różne światy.

Miasto to Meneliada – ludzi prostych często potrzeb i nieskomplikowanych wyborów, w jakiś sposób wolnych. Z prostymi marzeniami – o znalezionym „bogatym” portfelu czy chociaż kolorowych słodyczach.

Miasto to także prace, remonty – żółte koparka, brukarze w czerwonych kombinezonach, niebiescy dekarze wysoko na dachu, pomarańcz bijący z  kamizelek i ciężarówki MPO pełnej rupieci. Świat rzeczy zwykłych, często brzydkich, odrzuconych – ale dzięki temu wolnych od nadmiaru estetyki.

Miasto nigdy nie cichnie, ludzie też nie milką, napisane kolorowymi literami dialogi, niekiedy wręcz absurdalne, podkreślające sytuacje. Wystarczy zapisać fruwające słowa. Dziewczyna mówiąca do swojego psa „no chodźże, człowieku”. Ulica Freta, 8 rano, pijacy z flaszką pod sklepem, jeden nie znalazł butów, ale przytoczył się na rolkach – „koledzy, musiałem jakoś do was przyjść”. Policjanci nad śpiącym na trawniku pijanym menelem – „Proszę pana to nie jest dobre miejsce do spania!”

Miasto kolorów, miasto wyborów, miasto marzeń, miasto radosne. Stare.