Notice: Undefined index: plik in /home/staff/iinf/parys/public_html/index.php on line 17 Notice: Undefined index: lang in /home/staff/iinf/parys/public_html/index.php on line 47 Notice: Undefined index: file in /home/staff/iinf/parys/public_html/index.php on line 66 Notice: Undefined index: picture in /home/staff/iinf/parys/public_html/index.php on line 195 rower/2004

rower/2004

[up]

Wstęp

To już czwarta wyprawa rowerowa. Tym razem celem jest objechanie jeziora Garda we Włoszech. Zaczynamy i kończymy w Bratysławie, dokąd dojeżdżamy pociągiem. Poza tym całą trasę pokonujemy na rowerach. Całość ma miejsce w dniach od 2. do 23.08.2004.

Jest nas czterech: Tomek jest z 1986 roku, a pozostali z 1983.

Przed wyjazdem trasa wyprawy nie jest dokładnie ustalona. Wiemy tylko, że mamy zamiar z Bratysławy zapedałować do jeziora Garda, a następnie wrócić do Czech lub Słowacji. Ostateczenie jedziemy mniej więcej tak: Bratysława - Wiener Neustadt - Graz - dolina Drawy (Drawograd) - Lublana - Triest - Wenecja - jezioro Garda - Trento - różne przełęcze w Dolomitach (Brecon, Rolle, Valles, San Pelegrino, Sella, Gardena) - dolina Drawy (Lienz, Spital) - Katchbergpaß - dolina Mur - Sölkpaß - dolina Enns (Leoben) - dolina Salza - Mariazell - okolice Wiener Neustadt - Bratysława.

Cały bagaż wieziemy z sobą w tylnych i przednich sakwach (Tomek ma tylko tylne), a większe rzeczy poprzyczepiane są do bagażnika. Ujmując to ogólnie posiadamy: ubrania, jakieś jedzenie, coś do spania (namiot, śpiwór, karimata) oraz różne inne przydatne drobiazgi.

Noce z założenia spędzamy w namiocie, metodą "na gospodarza", czyli u kogoś na podwórku. Ma to parę zalet: jest za darmo, a jeszcze czasem można dostać coś fajnego, np. do jedzenia. Zazwyczaj staramy się przynajmniej uzyskać gorącą wodę, żeby nie trzeba było samemu gotować. Oczywiście nie zawsze udaje się znaleźć osobę chętną do przyjęcia nas do ogródka, wtedy stosujemy różne inne zabiegi. W czasie deszczu staraliśmy się znaleźć darmowy nocleg pod dachem, co nawet się zawsze udało.

Najważniejsze produkty żywnościowe, które zabieramy ze sobą, to kaszki i zupki. Tradycyjnie w okolicach pory śniadaniowej zjadamy zazwyczaj kaszkę mleczno-ryżową, taką niby dla małych dzieci. Dzieje się to albo całkiem rano, przed startem, albo nieco później (gdy na przykład rano coś dostajemy od gospodarzy, albo coś innego przeszkadza nam w wchłonięciu pysznej zupki). Mamy ze sobą palnik na gaz, ale zwykle staramy się otrzymać wrzątek od osób, u których śpimy. Na kolację natomiast zupka chińska (taka z makaronem) zmieszana z gorącym kubkiem. Oprócz tego zjadamy różne rzeczy kupione na miejscu, tzn. chleb, bułki, sery, dżemy, krem czekoladowy (popularnie zwany czekoladką). Trochę takich rzeczy mamy ze sobą, ale nie za wiele. Ceny produktów w promocji (takich specjalnie dla supermarketów) niewiele się różnią od krajowych. Najdrożej i tak wychodzi pieczywo, szczególnie we Włoszech (około 3 euro za kilogram). W Austrii opłaca się kupować około 3 razy tańsze pieczywo w workach, które jest nieco mniej smaczne (1 euro za chleb 1 kg lub za 10 bułek). Używanym pokarmem są także słodycze lub ciasta (wychodzą całkiem opłacalnie), a także owoce (smaczne i zdrowe). Natomiast wodę nabieramy z różnych kraników, które dość często można spotkać, ewentualnie pobieramy od jakichś ludzi, głównie tych, u których śpimy, ale w ciągu dnia czasem także. Raz, jak zatrzymaliśmy się po wodę, zostaliśmy poczęstowani ciasteczkami. Innym razem zamiast wody dostajemy sok.

W czasie trwania wyprawy wysyłamy codziennie (wszyscy oprócz mnie, który nie mam komórki, haha) informacje o aktualnym stanie, które po skomplikowanym przetworzeniu są umieszczane na stronie garda.terefere.com. W tej chwili jest już tam może relacja Marka z wyprawy. Jak ktoś chce wiedzieć jacy byli sponsorzy, to niech sobie też tam zajrzy. Jeśli chodzi o mnie, to jedynie Głos Radzionkowski dorzucił nam się trochę do namiotu, a także ktoś dał mi zniżkę na pompkę, która nie działa. Aha, jeszcze w poprzednich latach firma Crosso, producent sakw, sprzedał nam je po obniżonych cenach. Na wyprawy.terefere.com są informacje o poprzednich naszych wyprawach, a ubiegłoroczną ja też opisałem, gdzieś tu na mojej stronie powinien być odnośnik.

Słowniczek

Aby w pełni zrozumieć dalsze wywody, należy zapoznać się z vademecum słownictwa stosowanego na wyprawie:

Dzień pierwszy

Wyjeżdżamy o 5:30 z domu (jakoś udaje się wpakować dwa rowery i cały bagaż do naszego samochodu), do Tarnowskich Gór. Na dworcu robione są nam zdjęcia do "Głosu Radzionkowskiego" i "Dziennika Zachodniego", ale że dziennikarce nie chciało się wstawać, wykonują je rodzice Marcina (zdjęcia i tak się nie ukazują do naszego powrotu). Jedziemy pociągiem osobowym do Katowic, skąd mamy kolejny, do Zwardonia. Pierwszy z nich to zwykła jednostka elektryczna, daje się wieźć rowery w przedziale bagażowym na końcu (tyle, że też nie tak łatwo je podnieść na poziom pociągu). Za to drugi ma wagony pośpieszne, z przedziałami i nie ma gdzie trzymać rowerów, trzeba w przedsionkach przy wejściu. Zajmujemy cztery przedsionki, bo więcej niż jeden rower z sakwami trudno zmieścić. Przy okazji utrudniamy dostęp do drzwi oraz przemieszczanie się pomiędzy wagonami. Tym bardziej, że koło nas wpakowuje się jeszcze dwóch rowerzystów, oni to już całkiem wszystko zastawiają. Stoi koło nas facet, który opowiada różne dziwne rzeczy oraz robi sobie kawały z napotkanych ludzi. Jest też miła pani konduktor. Od Żywca doczepiają całkiem nowy wagon dostosowany do przewozu rowerów, tutaj jedzie się już luksusowo. Tyle że drzwi się nie zamykają, bo są takie automatyczne, tyle że jakieś przewody nie są podpięte do lokomotywy i nie ma powietrza.

Dalszy plan jest taki, że w Zwardoniu przekraczamy granicę i dalej jedziemy pociągiem przez Słowację. Droga z dworca do przejścia granicznego rok temu była rozkopana, czyli jej nie było i musieliśmy pchać rowery jakąś ścieżką. W tym roku droga została odbudowana, choć nadal w okolicy trwają poważne wykopy (chyba budują tam jakąś bajerancką drogę). Po stronie słowackiej porządny zjazd w dół, najpierw całkiem stromo, następnie trochę mniej stromo, ale i tak w dół, aż do Čadcy. To około 20 km, ale właśnie dzięki nachyleniu można się tam dostać całkiem szybko. Na miejscu okazuje się, że nie udaje nam się zdążyć na pociąg. A to dlatego, że pociąg z Katowic do Zwardonia jeździ godzinę później niż rok temu, czego jakoś nie uświadomiliśmy sobie. Są też następne pociągi, najpierw osobowy do Žyliny, później pośpieszny do Bratysławy. Na Słowacji konduktorzy mają takie fajne palmtopy oraz bezprzewodową drukarkę w torbie i mogą drukować bilety, a nie ręcznie wypisywać, jak w Polsce (bilety na rower kupuje się w pociągu). Pociąg osobowy ma parę większych przedsionków dla rowerzystów. W tym pospiesznym rowery oddaje się do specjalnego pomieszczenia, z tym że należy zabrać ze sobą sakwy. Rozkładamy się w przedziale dla inwalidy, gdzie są trzy miejsca siedzące i sporo miejsca dla inwalidy, akurat żeby złożyć tam bagaż. Trzy osoby zajmują siedzenia, a czwarty rozkłada się jakoś na tych naszych gratach. W Bratysławie jesteśmy o 18, czyli o dwie godziny później niż planowaliśmy.

Podsumowanie przewozu rowerów pociągami: Właściwie zawsze daje się zabrać rowery do pociągu, choć nie jest to specjalnie wygodne. Na Słowacji pociągi są do tego bardziej przystosowane niż w Polsce. Tam również jest to wyraźnie tańsze, kosztuje 20 koron (około 2 zł) niezależnie od trasy i ilości pociągów. W Polsce płacimy po 7.70 zł (akurat za taką odległość). Rower z sakwami najlepiej wnosić i wynosić w dwie osoby (szczególnie przy wnoszeniu jest to praktycznie jedyna rozsądna możliwość). Nie należy się także bać małej ilości czasu na przesiadkę. Rok temu mieliśmy jakoś 5 przesiadek, większość po około 5 minut (nawet chyba 1 minuta gdzieś była) i wszędzie zdążyliśmy, mimo że pociągi trochę się spóźniały. Jeśli chodzi o przemieszczanie się po dworcach, to właściwie wszędzie są przejazdy między peronami (dla pojazdów przewożących pocztę) i nie trzeba nosić rowerów po schodach.

Z Dworca w Bratysławie wyjeżdżamy jakoś zupełnie z tyłu. Chwilę spędzamy w centrum. Następnie przekraczamy granicę z Austrią i przejeżdżamy jeszcze około 20 km (tego dnia łączny dystans to 48.3 km). W tej okolicy droga jest ładna, prawie nie ma samochodów. Dookoła widzimy sporo wiatraków.

Nocujemy na farmie w otoczeniu różnego maszyn rolniczych, w miejscowości Prellenkirchen. Udaje się za pierwszym podejściem. Mieszkańcy mówią trochę po słowacku. Jest wąż z wodą. Rano dostajemy chałkę i kawę, a także 3.5 euro (to chyba od jakiejś sąsiadki).

Dzień drugi

Dziś już naprawdę jeździmy na rowerach. Z rana po bocznych drogach, przez ładne okolice, na razie jeszcze po płaskim. Jakoś dobrze nam się jedzie na początek, wysoka średnia. Może to dlatego, że wszyscy oprócz mnie mają superodrzutowe pedały SPD (czyli takie przypinane do nogi) i dzięki temu wyraźnie efektywniej wykorzystują swoje siły. Kierujemy się na Wiener Neustadt. Stamtąd główna, ruchliwa droga. Lekko pod górę, ale jest idealnie prosta i przez to właściwie nie widać nachylenia. Przed Neukirchem zatrzymujemy się w lesie na drobną drzemkę. Na koniec dnia ostry podjazd, szczególnie sam początek podjazdu przerażająco stromy. Na jednym z postojów zauważamy kamerę przypiętą do drzewa. Ogólnie mamy wjechać na prawie 1300, ale dziś tylko na około 900, po czym zjazd (którego się nie spodziewamy). Przejeżdżamy też koło całkiem fajnego zamku (zdaje się, że własność prywatna). Pokonujemy tego dnia 114.5 km.

Tomek szybciej od nas wjeżdża na górę i znajduje nocleg w miejscowości Otterthal, z tego co pamiętam w pierwszym domu po zjeździe. Znowu za pierwszym razem. Wieczorem dostajemy piwo, a ja bardzo smaczny sok. Natomiast rano już całe śniadanie - chleb z masłem, kawa, mleko. Gospodarz jest stolarzem, tak jak tata Marcina. Trochę z nim sobie rozmawiamy.

Dzień trzeci

Rano wjeżdżamy dalej na przełęcz, od roku nie pedałowaliśmy pod taką górę, więc jeszcze nie idzie to tak łatwo jak później. Tomek znów jest wyraźnie przed nami. Dalej następuje długi, łagodny zjazd. Drogą przez przełęcz jeździ bardzo mało samochodów. Później przez jakiś kawałek jedziemy drogą rowerową. Jest ona dobrze zrobiona, tzn. nie ma jakichś niepotrzebnych podjazdów i zjazdów, tylko równomiernie pomału się obniża. W miejscu, gdzie jemy kaszkę, znajdujemy niewypał. Druga cześć dnia prowadzi po terenie bardziej pagórkowatym niż górzystym, na zmianę w górę i w dół.

Zatrzymujemy się po 103.2 km, kilka kilometrów przed Graz, w miejscości Bleihüten. Nocleg znów za pierwszym razem, zaraz przy skrzyżowaniu. Choć na mapie spotykają się tu dwie białe drogi, to faktycznie ruch i hałas jest spory. Gospodarze mają rozbity na podwórku własny namiot i proponują nam spanie w nim, co też robimy. Namiot wraz z przedsionkiem mieści akurat cztery osoby. Korzystamy z węża z zimną wodą jako z prysznica. Samemu to trochę trudno się do tego zmusić, ale Marcin mnie polewa i to jest całkiem skuteczne. Marcin zostawia na drzewie jakiś płyn do kąpieli czy inne dziadostwo w butelce, którego zamierzał używać do mycia się. Tomek ładuje komórkę, używając do tego stwierdzenia "kenen zi ładowiren".

Dzień czwarty

Tym razem z samego rana mamy w dół, a nie w górę. Po niedługim czasie lądujemy w Graz. Miasto prezentuje się całkiem ładnie. Jest góra z wieżą zegarową, na którą prowadzą schody po zboczu (fajnie to wygląda, taka skała, a do niej przyczepione schody). Wewnątrz tej góry jest też tunel ze schodami i windą (ponoć darmową). Z góry wszystko widać. Marcin na ulotce znajduje amfiteatr na rzece, który w rzeczywistości okazuje się bardzo malutki. Przy wyjeździe z miasta udaje mi się przebić dętkę jakimś metalowym kolcem, którą następnie wymieniam na nową, w tym czasie Marcin parę razy ogląda pobliski cmentarz. Przejeżdżamy tuż koło lotniska, więc przy okazji przyglądamy się jak różne urządzenia sobie latają. Teraz kierujemy się na południe, tereny są równinne (choć nie całkiem płaskie), przez to bardziej zaludnione, a więc i drogi bardziej uczęszczane. Wygląda na to, że będzie trzeba jutro podjechać dwa razy na 1300. Ale my, niesamowicie chytrzy, robimy sztuczkę. Jedziemy sobie na skróty przez Słowenię, ogległość jest ta sama, ale zamiast pierwszego 1300 wystarczy wjechać na nie wiem ile, ale wyraźnie mniej, na granicy. Robimy to jeszcze tego dnia. Choć dużo niżej, to niezbyt łagodnie. Na tej drodze przez granicę prawie nikt nie jeździ. Dziś wyraźnie słabiej, tylko 88.1 km (głównie przez krótki czas jazdy - miasto oraz pana).

Później już tylko zjeżdżamy i znowu Tomek jest przed nami i znowu znajduje nam nocleg za pierwszym razem (jednak jego urok osobisty działa), znowu w pierwszym domu. Miejscowość Radlje. Śpimy nie na podwórku, ale trochę bardziej na dziko, na łączce pod lasem. Wokół kilka dużych kamieni, na którch sobie siadamy lub kładziemy rzeczy (szkoda tylko, że są takie kanciate i pochyłe). Na to miejsce zaprowadza nas dziewczyna mówiąca po polsku, pochodzi z Polski, ale już od małego mieszka w Niemczech, a na Słowenii jest na wakacjach u rodziny. Zamieszana sprawa.

Dzień piąty

Przez pół dnia jedziemy wzdłuż rzeki Drawy, najpierw przez Słowenię, potem przez Austrię. Droga, choć na mapie czerwona, nie jest przesadnie ruchliwa. Granicy znowu prawie nikt nie przekracza. Po stronie austriackiej mamy trasę rowerową. Następnie jest fajny łagodny podjazd. W pewnym momencie na trasie rowerowej jest taki długi wiszący most na linach, nad strumieniem gdzieś w dole. Potem trochę znowu zwykłą drogą. Napotykamy na małe jeziorko, w którym mamy ochotę się wykąpać, ale jest płatne i ze wszystkich stron pilnują. Jest raczej ciepło, na tyle, że moczymy sobie głowy w takim pojemniku na wodę wypływającą ze źródełka. A przy okazji pierzemy skarpetki. Później przypadkiem spotykamy mieszkającą tu Polkę, która mocno się nam dziwi. Następnie zaczyna się właściwy podjazd na przełęcz Seebergsattel (1218) na granicy. Prowadzą na nią liczne serpentyny (tzn. co chwila droga zawraca), z pewnego miejsca widać ich całkiem sporo. Po drodze na zboczu namalowany jest św. Krzysztof. Gdzie indziej są drzwi w skale, które nie wiadomo dokąd prowadzą. Tutaj ruch też nie jest wielki, choć od czasu do czasu przejeżdżają jacyś wariaci na motorach (których celem jest podobno kładzenie się na zakrętach). Wieczorem zaczyna padać deszcz, a nawet robi się porządna burza. Przejeżdżamy dziś 93.8 km.

Wychodzi na to, że pięć dni pod rząd mamy nocleg za pierwszym razem - to niesamowite (obecnie w miejscowości Jezersko). Znowu to Tomek jest na dole pierwszy (jeszcze przed burzą) i nie przemakają mu buty. Mi też nie, bo mam sandały, w tym roku już zupełnie nieprzemakalne, tzn. takie jakby gumowe czy plastikowe. Ponieważ deszcz nie zamierza przestać padać, facet proponuje nam spanie w szopie na sianku (tzn. akurat ja kładę się w miejscu bez sianka). Mamy pełno wrzątku, bo najpierw dostajemy duży garnek wody, którą, trochę niepotrzebnie, całą gotujemy, a potem gospodarz przynosi jeszcze garnek wrzątku. Możemy więc zrobić sobie wszystko co chcemy.

Dzień szósty

Rano kontynuacja zjazdu, bo nocleg był na około 900. Całkiem fajnie się jedzie, ładną doliną. Nad strumieniem utrzymuje się mgła. Następnie przez równinę do Lublany (w tym znowu przejazd koło lotniska). W międzyczasie robimy zakupy (bo to dzisiaj sobota, więc sklepy krócej czynne, a w niedzielę to raczej wcale). Nie posiadamy jednak tutejszej waluty. Bankomat nie akceptuje naszych kart, nie ma też kantoru. Wyprawa do bankomatu nie jest jednak całkiem bezużyteczna, bo dowiadujemy się od pewnej pani jaki jest kurs tolara (trochę błędnie, gdyż potem okazuje się, że jedno euro to prawie 250 tolarów, a nie 200). Mimo niepowodzenia, w supermarkecie udaje się zapłacić kartą (ale tylko moją, Marka karta, mimo że podobna, nie chce działać).

Docieramy do Lublany. Stare miasto raczej niewielkie, są tak ze dwie fajne uliczki ze starymi, kolorowymi kamienicami. Tyle, że takie raczej obdrapane, z odpadającym tynkiem (może to nawet dodaje im uroku). Wszędzie pełno kawiarni ze stolikami na ulicy (jak to zresztą w każdym mieście). Szczególnie Tomkowi i Marcinowi miasto to w ogóle się nie podoba. Już chcemy stamtąd wyjeżdżać, gdy zaczyna padać deszcz. Chowamy się do takiej jednej bramy (stoi tam też dwoje innych ludzi). Czekamy tam około trzech godzin, cały czas mając nadzieję, że za chwilę przestanie, bo to w końcu porządna burza z ulewą, więc nie może trwać długo. W tym czasie Marcin koniecznie chce sobie kupić coś w McDonaldzie i mocno się stara wyciągnąć tam nas albo nasze karty, ale w końcu i tak okazuje się, że tam oczywiście nie można płacić kartą. Jest już po osiemnastej, gdy w końcu decydujemy się ruszyć. Marcin zakłada worki na buty, a Marek ubiera klapki. Mamy problemy z wyborem kierunku. A nie ma drogowskazów na jakieś mniejsze miejscowości na bocznych drogach, którymi chcielibyśmy jechać. Wybieramy jakąś ulicę w miarę w dobrą stronę, ale ona mocno skręca i wkrótce wyjeżdżamy na drogę, którą wjeżdżaliśmy do miasta, czyli na pewno nie jest to to, o co nam chodziło. Szkoda, że znowu nie mamy kompasu. Potem kierujemy się wzdłuż obwodnicy i ostatecznie wyjeżdżamy tam gdzie chcemy (choć ostatecznie orientujemy się gdzie jesteśmy dopiero w następnej miejscowości).

Z powodu tego długiego postoju przejeżdżamy dziś tylko 78.3 km. Śpimy tego dnia w miejscowości Dobrova, zaraz za Lublaną. Od razu szukamy noclegu pod dachem, nie chce nam się rozbijać namiotów w taką pogodę. Wychodzi nam to całkiem nieźle, co prawda nie za pierwszym razem, ale za drugim, to i tak sukces. Mamy do dyspozycji strych nad pewnym drewnianym budynkiem, który głównie służy chyba jako garaż. Z tym, że samochód stoi pod dachem przed tym budynkiem. Tomek śpi pod nami, jest tam taka rupieciarnia, bez ścian, stoi tam takie plastikowe łóżko plażowe. A my dokładnie nad nim, jak tam zaczęliśmy zamiatać, to wszystkie śmieci zaczęły spadać na niego. Dostajemy prześcieradła i dwa materace, jeden zajmuje Tomek, a drugi my kładziemy sobie w poprzek, pod głowy. W nocy podobno porządnie gryzą komary, ale mnie jakoś omijają. Kolację zjadamy u pani w domu, śniadanie również, a przy okazji coś też dostajemy, nie pamiętam i nie zapisałem szczegółów, ale na przykład taką dobrą herbatę ziołową. Rano gospodyni udostępnia nam też komputer, wysyłamy porządny raport mailem zamiast smsem, a niektórzy wysyłają sobie jeszcze coś. Potem idziemy do kościoła, na dziesiątą, a właściwie pani podwozi nas samochodem, którego później wcale nie zamyka. Jednak dość mało daje się zrozumieć ze słoweńskiego. Wracając z kościoła już myśleliśmy, że dojdziemy szybciej niż gospodyni, ale jednak wyprzedziła nas tuż przed bramą. Natomiast druga pani (pani babcia, w tym domu mieszkają akurat tylko te dwie panie) daje nam całkiem dobre ciasto. Dostajemy również pocztówki, 1000 SIT (= 4 euro) i pełno jabłek (Marcin swoje wozi jakoś tak prawie do końca wyprawy).

Dzień siódmy

Jak opisałem powyżej, dziś rano sporo się dzieje, ruszamy dopiero około jedenastej. Gdy się budzimy, już nie pada, ale pochmurnie jest cały dzień, co jest raczej pozytywne, bo nie jest za ciepło. Najpierw jedziemy boczną drogą, potem główną, a potem znów zjeżdżamy na boczną. I tu, trochę niespodziewanie, zaczyna się podjazd pod górę, i to całkiem długi. Przy czym co kawałek niby już zaczyna się zjazd, ale to tylko przez kawałek, a dalej znowu do góry. Potem skręcamy w lewo, w drogę już całkiem boczną, która za chwilę robi się szutrowa. Ciekawe, że taką drogę zaznaczyli na mapie 1:750000. No ale widocznie nie było większych w okolicy, bo dookoła widać tylko zalesione wzgórza bez żadnych domów, prawie jak w filmie "Wrong turn". Tą boczną drogą jest łagodnie w dół i jedzie się bardzo dobrze, choć Marcin mówi, że taka droga to zmarnowanie zjazdu.

Potem jedziemy już główną. Coraz bardziej zbliżamy się do morza. Teren pagórkowaty, droga co chwila wjeżdża i zjeżdża. W pewnym momencie zaczyna porządnie lać, ale tylko przez chwilę. Już całkiem wieczorem przekraczamy granicę włoską. I za granicą znowu deszcz. A podobno nad Adriatykiem przez całe lato zazwyczaj ani razu nie pada. Co prawda jesteśmy jeszcze jakieś 10 km od morza, ale zdaje się, że w Trieście również padało, bo następnego dnia widać tam niewielkie kałuże.

Jeśli chodzi o nocleg, to wracamy do tradycji, znów Tomek znajduje za pierwszym razem. Dziś w miejscowości ??? (no właśnie jakiej - Tomek gdzieś zgubił mi mapę), po przejechaniu 94.3 km (to jedyna miejscowość między granicą a Triestem). We wsi odbywa się festyn, słychać muzykę. Chodzimy też tam do ubikacji, co zresztą nasz gospodarz sam nam polecił, gdyż u niego w domu nie ma aktualnie ubikacji. Facet ledwo co mówi po angielsku, ale to co trzeba to się dogadujemy. Siadamy przy stoliku pod daszkiem i dostajemy melona.

Dzień ósmy

Rano przemieszczamy się do Triestu. Prowadzi tam droga po zboczu równolegle do morza, schodząca pomału w dół, ładnie z niej widać miasto, a dalej Adriatyk. Triest wydaje się całkiem ładny, jest sporo fajnych budynków. No i darmowe toalety. Marcin koniecznie musi zjeść pizzę, wjeżdża przy tym rowerem do restauracji. We Włoszech, szczególnie w miastach, jeździ pełno małych motorków, są całe parkingi nimi zastawione. Dalej jedziemy wzdłuż morza, kierujemy się w stronę Wenecji. Najpierw droga biegnie przy samym brzegu. Następnie wznosi się i prowadzi wysoko na skale, ale też często widać morze. Do tego wydaje się jakby to morze było tuż obok, mimo że faktycznie jest dużo niżej. Postanawiamy przy okazji się wykąpać. Trzeba zjechać gdzieś w dół (czyli potem wjechać z powrotem na górę), na dnie jakieś kamole gniotą w nogi, a woda jest obleśnie słona (ale wyraźnie łatwiej jest się w niej utrzymać). Ogólnie nie jest to coś wyjątkowo przyjemnego, ja nie wiem czemu tyle ludzi tutaj przyjeżdża.

Następnie od pewnego miejsca robi się zupełnie płasko. Spotykamy sporą grupkę Włochów sakwiarzy na tandemach. Przy drodze jest bar owocowy, sprzedają różnego typu owoce i można sobie posiedzieć i zjeść. Tomek kupuje sobie zeszyt i czerwony długopis. Od tego momentu w każdej wolnej chwili coś sobie w nim pisze, do końca wyprawy zapisuje prawie cały, a w pewnym momencie wypisuje mu się długopis i musi potem pożyczyć ode mnie niebieski. A kupuje go w takim fajnym sklepie, gdzie jest ruchomy chodnik pod górkę i wózki się do niego "przyklejają" i nie zjeżdżają w dół (a dokładniej to są tam takie rowki dokładnie na szerokość kółek. Tego dnia zostawiamy za sobą 105.3 km.

Śpimy tuż za miejscowością Latisana, przy domu wielorodzinnym. Dzisiaj korzystamy z książeczki - Tomek odczytuje magiczną formułkę (chodzi o rozmówki włoskie). Jedna z mieszkanek budynku pracuje w supermarkecie i daje nam różne rzeczy, jakiś chleb, jogurty, marchewki (trochę zepsute już). Jedyną osobą mówiącą po angielsku jest taka mała dziewczynka, która służy wszystkim za tłumacza.

Dzień dziewiąty

Wczoraj wieczorem zjechaliśmy na boczną drogę, ale ruch i tak jest bardzo duży, tak jak na tej głównej. Główna była o tyle lepsza, że była szersza. Powodem tego tłoku jest pewnie to, że tutaj miejscowości są dość blisko siebie. Na wolnej przestrzeni rośnie głównie kukurydza. Dziś nadal zupełnie płasko, przez cały dzień, jedynie od czasu do czasu na jakiś most trzeba wjechać. Dzięki temu jedziemy całkiem szybko, ale jest też trochę monotonnie i przez to bardziej nudno.

Około czternastej dojeżdżamy do Wenecji. Jak dla mnie to trochę zaskoczenie, że znajduje się ona zupełnie na wyspie. Prowadzi tam taki długi most, cały czas wydaje się, że już się prawie jest, a ten most ma tak chyba ze trzy kilometry. Na miejscu niemiłe zaskoczenie - nigdzie nie daje się przejechać na rowerze z powodu schodów na wszystkich mostach. Rozkładamy się więc w parku na samym początku (zawsze trzy osoby chodzą, a jedna pilnuje). Miasto jest całkiem spore, żeby tylko dojść na drugi koniec to trzeba tak z godzinę. Wszędzie jakieś stare kamieniczki i wąskie przejścia. Szczególnie w tych jakichś bocznych, odludnych miejscach jest ładnie. Nie ma nazw ulic, tylko wszystkie domy są razem ponumerowane, jest ich tak ze cztery tysiące. Parę głównych ulic i plac św. Marka są strasznie zatłoczone, a gdzie indziej też widać sporo turystów. No i oczywiście są kanały, którymi co chwila pływają jakieś łódeczki. A parę razy mi się zdarza, że wchodzę w jakąś mniej uczęszczaną uliczkę, a tu się okazuje, że dochodzi do kanału, mostu nie ma i dalej nie da się przejść. Dziś wyjątkowo kupujemy sobie pizzę. W McDonaldzie wyjątkowo długa kolejka do toalety.

Z Wenecji wyjeżdżamy już całkiem wieczorem, około ósmej. Korzystamy z kempingu (jest ich tutaj trochę). Dzisiejszy dystans to 98.5 km. Miejscowość Mestre (to lądowy towarzysz Wenecji). Kemping kosztuje łącznie 34.20 euro. To jakaś zniżkowa nieoficjalna cena, ale według nas to i tak strasznie drogo jak za możliwość rozbicia dwóch namiotów i skorzystania z łazienki. Ale przynajmniej jest ciepła woda w prysznicach (na większości kempingów nie jest wliczona w cenę). Natomiast w kranach trzeba naciskać tak co pięć sekund, żeby woda leciała. Przy okazji robimy pranie (te wyprane rzeczy i tak nie są jakieś super czyste). A następnego dnia mamy rowery poobwieszane ubraniami we wszystkich możliwych miejscach (majtki na kierownicy, skarpetki pod siodełkiem i na linkach, a z tyłu na sakwach cała konstrukcja na koszulki).

Dzień dziesiąty

Kierujemy się teraz w stronę jeziora Garda, czyli, teoretycznie, celu naszej podróży. Dziś droga znowu całkiem płaska. Gdy dojeżdżamy do Padwy, Marcin przebija dętkę. Staje się to na takim skomplikowanym skrzyżowaniu z mostami. Zjeżdżamy więc na środek (jest tam akurat szerszy kawałek pobocza) i naprawiamy (no, właściwie to Marcin naprawia). We Włoszech trochę jest takich skrzyżowań, na których nie wiadomo, która droga w którą stronę biegnie, jedynie po strzałkach można się kierować. Niedługo później przebija dętkę Tomek. Tym razem stoimy pod jakimiś domami i nawet nie ma gdzie wyrzucić ogryzka.

A potem Tomek się gubi. Dzieje się to tak: zostaje z tyłu z powodu postoju na stacji benzynowej. Następnie w pewnym miejscu zaczyna się obwodnica i jest tam zakaz dla rowerów, więc my zjeżdżamy w bok i kawałek dalej czekamy na Tomka. A on zupełnie ignoruje ten zakaz, którego podobno nie zauważył, no i jedzie sobie górą. My go tam co prawda widzimy, ale są takie dźwiękoszczelne szyby i zawołać się go nie daje. Próbuję go trochę gonić, ale zanim się zebrałem, to on już był dość daleko, więc tak łatwo bym go nie dogonił, najwyżej jakby się gdzieś zatrzymał (bo on raczej szybko jeździ).

Kawałek dalej Marcin zrywa łańcuch. I to tak porządnie, że całe ogniwo jest rozwalone (normalnie to tylko się rozłączają jakieś dwa ogniwa). Ale mamy taki super kluczyk, więc można to naprawić. Potem jedziemy dalej za Tomkiem, mając nadzieję, że się gdzieś zatrzyma, jak nie będzie wiedział gdzie jechać. A on o dwudziestej przysyła smsa, że jest w Weronie (czyli 20 km przed nami) i nie wie co dalej. Ale wracać mu się już nie chciało, przespał się gdzieś sam.

My tymczasem śpimy sobie w miejscowości San Bonifacio, po przejechaniu 109.5 km, w parku, a może na placu zabaw. Zostajemy tam skierowani przez sąsiada z naprzeciwka, u którego w garażu trzymamy rowery (specjalnie dla nas wyjeżdża samochodem). Mamy mniejszy z dwóch namiotów, ledwo tam wchodzimy w trzech, jest karimata przy karimacie. A Tomek namiotu nie ma, tzn. ma, ale nie cały. Wokół nas jest sporo dzieci, a wszystkie nas obserwują i przebiegają tuż koło nas. Bawią się do późna, mimo że jest już ciemno. Marek mówi, że to bardzo fajnie, że im tak pozwalają. Bo jak on był mały, to zawsze wieczorem udawały się najlepsze zabawy, ale trzeba było iść spać, a rano wychodziły one potem jakoś dużo gorzej. Oprócz dzieci słychać cykady, jak zresztą wszędzie tutaj. Noc jest strasznie gorąca. Dla Marcina za bardzo, postanawia spać na zewnątrz namiotu. Ale jakiś czas potem musi przenieść się do środka, bo trochę pada. Na temperaturę nic to jednak nie pomaga.

Dzień jedenasty

Udaje nam się wystartować o 9:00. Rano jedziemy do Werony. Całkiem fajnie tam nawet (to chyba tutaj mieszkali Romeo i Julia). Mają taką dużą arenę (coś w stylu koloseum). Z jednej strony remontują, ale na rusztowaniach wiszą zdjęcia stanu przed remontu. Jest też trochę różnych innych ładnych budynków. Następnie przemieszczamy się nad jezioro Garda, to już niedaleko stąd. Tam jesteśmy umówieni z Tomkiem (nawet łatwo go znajdujemy, mimo że jego smsy, jak zwykle, zawierają dość mało informacji). Jezioro to jest podłużne w kierunku północ południe, przy czym południowy jego koniec leży na terenach raczej płaskich, a reszta jest otoczona przez góry. Objeżdżamy je wzdłuż od południa i zachodu.

Najpierw jedziemy południowym wybrzeżem, droga jest ruchliwa (jak wszędzie do tej pory we Włoszech), a wody najczęściej wcale nie widać. Później kombinujemy coś różnymi bocznymi uliczkami i wyjeżdżamy (najpierw przypadkiem, a dalej celowo) na jakąś górę z ruinami średniowiecznego kościoła. Właściwie to na sam szczyt wchodzimy, a nie wjeżdżamy. Wzniesienie to znajduje się prawie przy brzegu i ładnie widać stamtąd dookoła. Szkoda tylko, że przejrzystość powietrza jest nienajlepsza. Zauważamy na przykład fajną plażę, na którą się chwilę później udajemy, w celu zanurzenia się w wodzie. Niestety znowu są takie paskudne gniotące w nogi kamienie. Dalej droga stopniowo robi się ładniejsza, wybrzeże jest bardziej strome i widać wodę i drugi brzeg. Tego dnia pod wieczór zjadamy sobie arbuza.

Gdy przychodzi na to pora, zaczynają się straszne problemy ze znalezieniem miejsca na nocleg. Pytamy w bardzo wielu domach, ale nigdzie się nie udaje. Najczęściej ludzie albo tłumaczą nam jak trafić na kemping (tak jakbyśmy nie widzieli tych tabliczek co kawałek), albo mówią, że to teren prywatny (tak jakbyśmy tego nie wiedzieli). Około dwudziestej drugiej postanawiamy rozłożyć się gdzieś na plaży, więc jedziemy dalej, na najbliższą plażę. Mimo że wcześniej plaże były co chwila, to od tego miejsca wcale ich nie ma. Nagle zaczyna się tunel, potem drugi i trzeci. Następnego dnia również, tak z połowa zachodniego brzegu jeziora to w sporej części tunele, gdyż są tutaj strome skały tuż przy jeziorze. Większość tuneli jest oświetlona, ale są też takie, w których są tylko czerwone światełka po bokach, albo nawet zupełnie nie oświetlone. Niektóre mają okna na zewnątrz. I tak sobie jedziemy, dopiero po paru kilometrach jest skrzyżowanie w tunelu, skręcamy i wyjeżdżamy gdzieś w dole, w małej miejscowości nad jeziorem, Campione del Garda. Długo się namyślamy, które miejsce zająć, w końcu rozkładamy się na karimatach na plaży nad samym jeziorem. Dobrze widać gwiazdy oraz drugi brzeg, a gdzieś nad górami co chwila jakieś pioruny. Trochę się obawiamy, że w nocy zacznie padać, ale nie zaczyna. Tego dnia przejechaliśmy 118 km.

Dzień dwunasty

Wstajemy całkiem wcześnie, praktycznie o świcie, i od rana kontynuujemy jazdę wzdłuż jeziora. Teraz przynajmniej coś widać, na przykład te naprawdę imponujące skały wokół. Następnie oddalamy się od jeziora, kierujemy się na Rovereto, a później na Trento. Następuje pierwszy od dłuższego czasu wjazd i zjazd. Jedziemy sobie trasą rowerową, a tu w pewnym miejscu objazd. Prowadzi zupełnie dookoła i to jeszcze trochę pod górkę. Ostatecznie okazuje się, że wyjeżdżamy prawie tam, gdzie był początek objazdu (a można było przejechać drogą dla samochodów). Następnie Marcin orientuje się, że zgubił okulary. Wraca się do miejsca, gdzie miał je ostatnio, ale już ich nie znajduje. Od Rovereto do Trento dalej wiedzie trasa rowerowa, a dookoła głównie winnice. W pewnym momencie przechodzi nad nami deszczyk, wyraźnie widać, jak u nas pada, a tam dalej, gdzie po jakimś czasie wjeżdżamy, świeci słońce. Opad ten za bardzo nam nie przeszkadza, z powodu wysokiej temperatury jest nawet pozytywny, taki orzeźwiający deszczyk. Za Trento musimy wjechać sporo pod górę, jeszcze dużo wyżej niż zwykła droga, bo ona biegnie tunelem i jest zakaz dla rowerów. Dalej jest podobnie: różne zjazdy i podjazdy bocznymi drogami, mimo że główna (dwupasmówka) biegnie dużo bardziej po płaskim.

Nocleg po 102.8 km w malutkiej wiosce Campiello, na skośnej łączce. W domu jest sporo ludzi i dość tak się dziwią, że tyle przejechaliśmy.

Dzień trzynasty

Rano dalej trochę pod górkę i z górki. W pewnym momencie wprowadzam wszystkich w uliczkę bez przejazdu stromo w dół - ale ich załatwiłem. Za jakiś czas zaczyna się podjazd - wjeżdżamy dziś na passo Brocon, 1610. Po drodze jest jeszcze jakaś przełęcz 910, po której trochę zjazdu. Jedzie się całkiem nieźle, może jesteśmy już trochę wprawieni i przyzwyczajeni do podjeżdżania. Do tego są fajne widoki dookoła. Ta przełęcz to w ogóle jest dziwna, bo najpierw przejeżdża się przez punkt na 1630, a dopiero potem powoli zjeżdża na przełęcz. Marcin zjada sobie tosta. Zjazd jest kręty, wąską drogą. W dolinie przejeżdżamy długim, wysokim mostem (a później drugim). I znowu wjeżdżamy trzysta metrów, na 988 (główna droga biegnie poziomo tunelem) i znowu zjazd, na 650. Fajnie to wygląda, bo z góry nie widać żadnych miejscowości w dolinie, tylko górę naprzeciwko, a w dole las. Dopiero niżej wyłaniają się ślady cywilizacji. Teraz zaczyna się podjazd na następną przełęcz, ale jeszcze kawałek jest prawie płasko. Mijamy miejscowości letniskowe, ładne domy.

Po 87.1 km śpimy w parku, który jest raczej placem zabaw, w miejscowości Siror (po paru nieudanych próbach "na gospodarza"). Tego dnia bardzo chytrze piszemy w smsie, że zdobyliśmy trzy przełęcze, choć taka prawdziwa to była tylko jedna. Stoi tam takie śmieszne urządzenie do przelewania wody, właściwie jedyne zastosowanie jakie dla niego widzę, to do zabawy. Jest pojemnik z wodą, z niego za pomocą takiego ruchomego elementu można przelać wodę w drugie miejsce, stamtąd ścieka w trzecie, a tam jest kranik i można ją wylać na ziemię.

Dzień czternasty

Rano długo śpimy, a następnie idziemy do kościoła na 10:30. Jest pełno ludzi, a do tego mocno się wiercą, chodzą sobie po kościele. W pewnym momencie jedna pani zauważyła drugą i podeszła się przywitać, z kolei jeden facet poszedł sobie siąść do konfesjonału, walnął przy tym drzwiami drugiego faceta. Później ruszamy w drogę, od rana jest pod górę. Wjeżdżamy sobie na passo Rolle 1984 i znowu jedzie się całkiem przyjemnie. Ładnie widać skaliste góry dookoła. Na górze się rozdzielamy (tym razem celowo), oni jadą na dół asfaltem, a my do góry szutrem. Dokładniej mówiąc ja i Tomek wybieramy podjazd i zjazd, a pozostała dwójka zjazd i podjazd. Osiągamy wysokość 2200, jest tam małe jeziorko i jeszcze lepiej widać góry dookoła. Do tego miejsca dojeżdża nawet autobus (tą szutrową drogą). Na góry nad nami wchodzą jakieś szlaki, ale ludzi na nich nie widać żadnych. Na dół zjeżdża się całkiem powoli, gdyż droga staje się bardziej kamienista niż szutrowa. Jeszcze tego dnia wjeżdżamy na passo Valles, 2030 (jesteśmy jeszcze na sporej wysokości, więc to już szybko). Ogólnie we Włoszech sporo rowerzystów wjeżdża sobie na te przełęcze, z tym że głównie na szosówkach. Ponadto spotyka się dużo tych szybkich motorów. Przez te wszystkie przełęcze to zwykłego ruchu jest chyba dość mało (szczególnie przez niektóre), większość osób chce sobie tylko wjechać na przełęcz. Bo w ogóle to tam na górze jest zawsze pełno jakichś restauracji i podobnych rzeczy.

Przed podjazdem na następną przełęcz nie będzie już żadnej miejscowości. Rozbijamy się więc na pochyłej łączce. Trawa jest wysoka, przez to jest miękko, ale trudno się wbija śledzie (tzn. wyskakują) oraz ustawia palnik (musimy wyrywać trawę i mchy). Mamy za to blisko do kranika z wodą. Noc jest chłodna (pewnie z powodu dużej wysokości). Tego dnia przejeżdżamy tylko 41.7 km (ale za to jakie!).

Dzień piętnasty

Z samego rana jeszcze końcówka zjazdu, a zaraz potem wjeżdżamy na przełęcz San Pelegrino 1918. Jest bardzo stromo, ale dzięki temu niedaleko, więc wjeżdżamy szybciej, choć jesteśmy bardziej zmęczeni. Później zjeżdżamy aż na jakieś 1200 i dojeżdżamy do drogi, na której jest straszny korek, w obie strony jedzie samochód za samochodem. W supermarkecie, w którym jesteśmy, zwijają nam przed nosem stoisko z pieczywem, gdyż od 12:30 do 16:00 jest przerwa (co prawda do przerwy zostało jeszcze dziesięć minut). Takie same godziny pracy stosują wszystkie sklepy w okolicy, więc niestety nie udaje nam się kupić pieczywa. A próbujemy we wszystkich zauważonych sklepach w tej i następnych miejscowościach. Tyle, że tych miejscowości nie ma wiele, bo kawałek dalej zaczyna się podjazd na następną przełęcz.

Tym razem jest to passo Sella 2244. Właściwie to mamy do wyboru, możemy jechać albo przez passo Sella, albo przez passo Pordoi. Marcin uznaje jednak, że ponieważ dwie znane firmy produkujące siodełka do rowerów mają w nazwie "sella", to coś w tym musi być i ta przełęcz na pewno będzie fajniejsza. Chociaż Marek mu wyjaśnia, że "sella" to po włosku "siodło", więc to nie ma związku, to jednak Marcin po jakimś czasie znowu powtarza swój argument. Wjeżdżamy więc na passo Sella, jest to najwyższy punkt na naszej wyprawie. Na górze za ciepło nie jest (choć jakoś lodowato też nie), wieje jakiś taki wiatr. Widać stąd Marmoladę, czyli najwyższe pasmo w Dolomitach. Później następuje niewielki zjazd i podjazd i jesteśmy na następnej przełęczy, passo Gardena. To już ostatnia we Włoszech. Przy zjeździe w dół tak fajnie widać serpentyny, widać jak ta droga tam niżej leci, tak z kilka zakrętów w każdą stronę.

Zjeżdżamy do miejscowości Corvara. Dzisiejszy dystans 78.3 km. Sklepy już oczywiście zamknięte, więc pieczywa dalej nie mamy. Do tego są tu głównie jakieś pensjonaty, a większość domów nie ma podwórka, czyli teren skrajnie niekorzystny. Próbujemy w kościele, Tomek stuka w jakieś drzwi, coś tam za nimi niby słychać, ale nikt nie odpowiada. Potem idzie poszukać innych drzwi, stuka, a tu normalnie się okazuje, że to te same drzwi są, tylko że z drugiej strony. Jakieś takie dziwne przejście. Potem wyjeżdżamy na brzeg miejscowości i tam jakiś facet akurat wsiada do auta koło takiego domu w budowie, więc się go pytamy. I nam pozwala. Rozkładamy się za tym domem, na ziemi bez trawy, koło jakichś rupieci. Rano sąsiad trochę się nas czepia, ale mu mówimy, że facet się zgodził. Właściwie to trochę się spodziewamy kłopotów i wieczorem Marek znajduje w rozmówkach jak powiedzieć "mamy pozwolenie" po włosku.

Dzień szesnasty

Rano kupujemy w końcu pieczywo i możemy się porządnie najeść. Niestety okazuje się, że zgubiłem nóż. To poważna strata, nóż miał co najmniej pięćdziesiąt lat i był całkiem fajny, ponadto byłem do niego mocno przywiązany, przejechał ze mną siedem tysięcy kilometrów na rowerze, trochę też na piechotę i dwa lata spędziliśmy wspólnie w akademiku. Prawdopodobnie nie schowałem go podczas poprzedniego noclegu. Jesteśmy wciąż na sporej wysokości, musimy jeszcze zjechać 700 m. Odbywa się to w przeciągu następnych 30 km, aż do miejscowości Brunico, czyli przez ten czas jest tak łagodnie, ale zauważalnie, w dół. Końcowy odcinek tej drogi jest w gruntownym remoncie. W tej chwili droga jest w tym miejscu raczej wąska i dziurawa. W budowie są natomiast liczne tunele oraz mosty wzdłuż doliny. W jednym miejscu ruch jest zupełnie wstrzymany i wszystkie auta czekają. My natomiast przeciskamy się na sam początek kolejki, a następnie, za pozwoleniem budowniczych, przejeżdżamy dalej.

Teraz kierujemy się na Austrię. Nie ma po drodze żadnych poważnych przełęczy, ale początkowo droga biegnie lekko pod górę, tak do 1200. No a dalej jest w dół, wzdłuż rzeki Drawy. Jedziemy cały czas drogą rowerową. Chyba wszystkie te trasy rowerowe mają to do siebie, że od czasu do czasu jest jakiś niepotrzebny wjazd, tak żeby nie było za nudno. Na tym 1200, gdzie dojeżdżamy do Drawy, zaczyna się austriacka trasa rowerowa R1 mimo, że to jeszcze Włochy. Natomiast granica jest praktycznie niezauważalna. Marcin orientuje się dopiero po jakichś 40 km, gdy mijamy Lienz, które przecież miało być w Austrii. Dowiadujemy się później, że w nazwie tej miejscowości wymawia się literkę "e" w przeciwieństwie do różnych innych "ie". Trasa jest bardzo fajna, płaska, lekko w dół, przy samej rzece najczęściej. Są tam też co jakiś czas "serwisy rowerowe", czyli takie tabliczki, na których wiszą sobie narzędzia: różnego typy klucze, śrubokręty, pompka. Są niby przypięte na łańcuszkach, ale w Polsce to by pewnie od razu pourywali. Pompka jest całkiem porządna, taka duża i z miernikiem ciśnienia, Marcin i Marek mierzą sobie, a Marcin dopompowuje prawie do maksimum wytrzymałości opony.

Po przejechaniu 138.0 km (całkiem dużo, na przykład dlatego, że głównie zjazdy i po płaskim) zatrzymujemy się w miejscowości Nikolsdorf. Córka się zgadza, a potem przychodzi skądś ojciec i tak się pyta, czy mamy tu zamiar spać, ale nawet się specjalnie nie dziwi i nie przeszkadza mu to, że się rozbijamy naprzeciwko jego domu, mimo że nic o niczym nie wie. Jest tam też taki dziadek, od którego dostajemy 20 euro.

Dzień siedemnasty

Dziś, praktycznie przez cały dzień, kontynuujemy podróż trasą rowerową. Marcin jest dzisiaj coś trochę chory i narzeka, kładzie się i nie chce jechać (zresztą jakoś bardzo mu się nie dziwie, tylko najgorsze, że nic przy tym nie mówi). Śpimy sobie raz na ławkach nad rzeką. A potem na trawie pod kościołem. Tam ja i Marek zaczynamy pisać list. Widać przejeżdżające co jakiś czas pociągi. Duża część pociągów w Austrii ma lokomotywę z tyłu. Wieczorem, w okolicach miejscowości Spital, skręcamy pod górę w stronę przełęczy Katchberg 1641. Jedziemy boczną drogą i co chwila są jakieś podjazdy i zjazdy. Mniej więcej w tym miejscu przecinamy też trasę wyprawy z przed dwóch lat.

I znowu szukanie noclegu nie idzie nam łatwo. Domy są dość rzadko i najczęściej podwórko mają strasznie pochyłe. Jeden z domów, w którym próbujemy pytać, jest zupełnie pootwierany, a w środku nikogo nie ma (jest tylko jakiś obcy facet, który też przyjechał z jakąś sprawą do gospodarzy i szuka ich po całym domu). Ostatecznie rozbijamy się na trawiastym parkingu w miejscowości Trebesing, skierowały nas tu dwie niezależne osoby, więc może nikt nas stąd nie wygoni. Przejechaliśmy dziś 73.8 km. Dystans wydaje się odpowiedni, jeśli uwzględnić ilość postojów. Śledzi prawie się nie da wbić z powodu twardej, ujeżdżonej ziemi. Jemy sobie dziś makaron. Najpierw tak z jedna trzecia się wysypuje, bo Tomek po wyjęciu makaronu rzuca nim w okolice kuchenki i opakowanie się rozwala. Całkiem przyjemnie zjeść sobie czasem porządny makaron.

Dzień osiemnasty

Dziś w końcu kupuję sobie nożyczki i obcinam paznokcie! Paznokcie normalnie obcina się chyba tak raz w tygodniu, a tu normalnie nikt nie ma nożyczek. Moje paznokcie już od jakiegoś czasu są za długie i dzisiaj jestem już zupełnie zdesperowany. A w ogóle to na opakowaniu na pierwszym miejscu są napisy po polsku. Marcin zastanawia się (już od wczoraj), czy by tu nie wrócić do domu pociągiem, z powodu tej swojej choroby. Ale cały czas mówi, że może jeszcze kawałek się z nami przejedzie, a potem ewentualnie pójdzie na pociąg. Tymczasem przed nami porządny podjazd, jest wyjątkowo stromo, co kawałek trzeba się zatrzymywać. My z Tomkiem przez kawałek pchamy sobie nawet rowery. To chyba najgorszy podjazd na całej wyprawie. Na górze spotykamy dwóch facetów z Niemiec, którzy też tak kiedyś jeździli sobie na wyprawy i trochę z nimi rozmawiamy. Przyjeżdżają też jacyś ludzie kolorowymi smartami, łącznie sześć smartów. W dół jest równie stromo, jak było pod górę. Marcin pobija rekord prędkości, jedzie 85.5 km/h. Jest z siebie bardzo zadowolony, że aż odzyskuje zdrowie. Dalej jedziemy kawałek drogą rowerową wzdłuż rzeki Mur, do Tamsweg, a następnie zwykłą drogą w kierunku Murau. Początkowo jest łagodnie pod górę, a później niespodziewanie napotykamy na całkiem porządny zjazd. Przejeżdżamy dziś 78.8 km.

Można uznać, że śpimy w miejscowości Tratten, choć tak naprawdę to nie ma tu żadnej miejscowości. Udaje się za pierwszym razem, "na gospodarza", w domu na rozdrożu. Choć jesteśmy przy skrzyżowaniu "czerwonej" z "żółtą", to samochodów prawie wcale nie słychać (w przeciwieństwie do skrzyżowania dwóch białych przed Graz). Siedzimy sobie z Markiem przy stole, a Tomek z Marcinem gotują makaron, tym razem z sosem. Tak nam wczoraj posmakował, że dzisiaj również kupiliśmy. Makaronu jest tak dużo, że nie możemy już go zjeść (kończymy rano). Tym bardziej, że dostajemy jeszcze ziemniaki i surówkę z ogórków. A do popicia wino jabłkowe. Marcin koniecznie chce wyczyścić sobie bidony (bo ma tam taki czarny osad, możliwe, że od niego zachorował). A pani zabiera nam wszystkie naczynia, które przynieśliśmy na stół i rano oddaje idealnie czyste i błyszczące, nawet w domu może takie nie były. Na śniadanie mamy chleb z dżemem i kawę, no i resztki makaronu. Rano na podwórku stoi piła i wykańczają budowę domu.

Dzień dziewiętnasty

Tego dnia rano znowu przełęcz. Tym razem to Sölkpaß 1788. Tzn. na samym początku jeszcze jest kawałek w dół (choć myśleliśmy, że od razu będzie pod górę). Podjazd jest urozmaicony, są kawałki całkiem płaskie oraz bardziej strome. Sam koniec był chyba prawie tak stromy jak przy poprzedniej przełęczy, też co kawałek muszę się zatrzymywać, a przez moment pcham rower. Najgorsze jest to, że na przełęczy jest beznadziejna pogoda. Z samego rana świeci słońce. Zbliżając się do przełęczy, wjeżdżamy w chmury. Na samej górze jest zimno, pada deszcz i wieje wiatr. Podobnie jak na Hochtorze dwa lata temu, tyle że wtedy było dużo zimniej, a wiatr był taki, że prawie się nie dało jechać, tak zarzucał na boki. Przy zjeździe cały czas pada. Tomek zatrzymał się w pierwszej chatce za przełęczą i grzeje się przy piecu. Gdy dojeżdżamy do rzeki Enns, to przestaje na trochę padać, tak do wczesnego wieczora. Jedziemy teraz trasą rowerową wzdłuż tej rzeki. Dwa lata temu też jechaliśmy w tej okolicy, tyle że drogą, bo trasa rowerowa była na niektórych fragmentach zalana. Zresztą droga też była w jednym miejscu zalana, tam jechaliśmy torami kolejowymi. Tym razem wszystko jest przejezdne, bez problemów pokonujemy spory szmat drogi.

Wieczorem, gdy zaczyna się pora na szukanie noclegu, to akurat dolina się zwęża, kończą się wszystkie miejscowości, które wcześniej były co kawałek. I jedziemy tak między górami a rzeką. Potem jest jeden dom, pani najpierw się zgadza, żebyśmy się przy nim rozbili, ale potem nas wygania (chyba za namową męża). Jakiś czas potem jest mała miejscowość, tyle że kawałek wcześniej był kempingiem. Próbujemy tam chyba we wszystkich domach (czyli tak pięciu), ale nikt się nie zgadza. Jest już całkiem ciemno, gdy dojeżdżamy do miejscowości Hiefling. Najpierw wjeżdżamy w jakąś dzielnicę, w której nikt nie mieszka, jest zupełnie ciemno we wszystkich oknach. W końcu, po przejechaniu 135.5 km, pewien człowiek zabiera nas do elektrowni wodnej. I normalnie śpimy sobie w elektrowni, w łazience. Mamy prawdziwy prysznic i trzy umywalki i pełno (tzn. kilka dużych paczek) papierowych ręczniczków. Nawet nie jest głośno, właściwie to zupełnie cicho. A rano dostajemy śniadanie w sali konferencyjnej: chleb z dżemem i kawa.

Dzień dwudziesty

Niestety rano pada deszcz. A tak naprawdę to nie tylko rano, ale i przez cały dzień, tak do osiemnastej. Jedziemy sobie dzisiaj przede wszystkim wzdłuż rzeki Salza, w górę. Rzeką pływa wielu raftingowców, na takich pontonach i na kajakach. Zresztą ta rzeka chyba z tego słynie. Wznosimy się bardzo pomału, jest łagodnie pod górę, a od czasu do czasu zdarzają się jakieś podjazdy i zjazdy. Występują również tunele, ale dla rowerów są zawsze objazdy na zewnątrz. Ze względu na deszcz prawie się nie zatrzymujemy, bo to głupio tak stać w deszczu. Raz stoimy przy sklepie pod dachem, potem w jedynym kawałku tunelu specjalnie dla rowerów, a potem na drewnianym przystanku autobusowym. W ogóle jedziemy bardzo dziwną drogą, bo ona tak biegnie i biegnie i cały czas jest las, prawie nie ma wsi, chyba tylko jedna w połowie.

Aż w końcu dojeżdżamy do słynnego sanktuarium w Mariazell. Marcin mówi, że to najładniejszy kościół, jaki widział w życiu. Rzeczywiście jest dość ładnie, tak kolorowo. I trochę dziwnie, bo w połowie kościoła jest ołtarz i potem jest druga połowa i z przodu znowu ołtarz. Zostajemy na mszy (jest sobota wieczór), która akurat się zaczyna. Ksiądz odprawia tyłem do ludzi (tzn. ołtarz jest przy samej ścianie i nie można za nim stanąć). W międzyczasie po bokach chodzą jacyś zwiedzający. Później zastanawiamy się, czy by nie kupić sobie świeczki za 369 euro, akurat tam są takie fajne. Dalej jedziemy boczną drogą, lekko pod górę. I tam gubi się Tomek, który jedzie przed nami. Jak dojeżdżamy do skrzyżowania, na którym źle skręcił, to od razu się domyślamy, że źle skręcił. Bo chociaż na drodze, którą przyjeżdżamy jest znak "ustąp pierwszeństwa", to droga w lewo wygląda jak jej ciąg dalszy, a w prawo jak dojazd do takich dwóch domów, które tam widać. No a właśnie trzeba jechać w prawo.

Potem jest mocno w dół, zjeżdżamy i szukamy noclegu w miejscowości St. Aegyd. Tomkowi chcemy wysłać smsa jak już będzie wiadomo gdzie śpimy, myślimy, że to będzie już zaraz, ale jakoś długo nam to schodzi. I w tym czasie Tomek już przysyła, że sobie gdzieś znalazł nocleg i dostał kolację. My próbujemy w różnych miejscach. Również w kościele, gdzie podobno proboszcz miał być Polakiem, ale nie ma go wcale. W końcu w jakimś domu pani dzwoni w różne miejsca i się pyta, gada przez ten telefon tak z piętnaście minut. Ostatecznie mamy spać u jakichś sióstr z caritasu. Pani częstuje nas jeszcze ciastem i herbatką, a potem także kanapkami (to jest najlepsze ciasto, jakie Marcin jadł w swoim życiu). A śpimy sobie w chatce św. Benedykta, do taka mała drewniana budka koło domu tych sióstr. Stoi w środku trochę jakichś krzeseł, które wywalamy na zewnątrz i rozkładamy się na materacach, które też tam są. Rano dostajemy śniadanie u sióstr (chleb + dżemy + serek + ciasto + kawa). Tego dnia przejeżdżamy 119.7 km.

Dzień dwudziesty pierwszy

Z samego rana mamy przed sobą dwa podjazdy. Po pierwszym przypadkiem ich nabieram (i siebie też), że teraz już podjazdów nie będzie, a tu jednak jest następny. Potem jest już tylko zjazd wzdłuż rzeki, aż do końca gór. Stopniowo się rozpogadza, od 14 już nie pada i robi się niebieskie niebo. Mniej więcej też wtedy teren dookoła nas się wyrównuje i dalej jest mniej więcej po płaskim. Odbywa się to niedaleko Wiener Neustadt i zaraz potem nasza trasa zaczyna się pokrywać z tą w drugą stronę. Na przykład przy cmentarzu, przy którym staliśmy poprzednio, zatrzymujemy się, aby nabrać wody do butelek. Jest taki fajny wiatr, najczęściej w plecy, i dość dobrze się jedzie. A czasem nagle zmienia kierunek lub siłę i aż zwiewa na pobocze. Tomek, zamiast do nas dołączyć, stwierdził, że nie chce mu się wjeżdżać z powrotem na górę, z której wieczorem zjechał, i pojechał zupełnie inną trasą. Umawiamy się z nim w Prellenkirchen, tam gdzie spaliśmy pierwszej nocy.

Chcemy spać u tych samych gospodarzy, ale okazuje się, że ich nie ma w domu. Zostawiamy im naszą kartkę. Bo mamy takie kartki z naszymi zdjęciami, adresami i opisem wyprawy i wszystkim gospodarzom je rozdajemy. Przejeżdżamy do następnej miejscowości, Edelstal (przedostatnia w Austrii) i tam znajdujemy nocleg po 144.2 km (największy dystans na tej wyprawie). Moglibyśmy dojechać jeszcze dziś do Bratysławy, ale postanawiamy, że do domu pojedziemy jutro w dzień. Śpimy w takim ogródku, który nie jest bezpośrednio przy domu, właścicielem jest facet dwa podwórka dalej.

Dzień dwudziesty drugi

Wstajemy o 5:20, a o 6:00 wyruszamy. Widzimy ładny wschód słońca. Parę razy widzimy takie dwie sarny (duża z małą), biegną sobie w tą samą stronę co my, raz przecinają mi drogę przed samym rowerem. Spotykamy też parę zajęcy. Do Bratysławy jest już niedaleko. Na dworzec wjeżdżamy tym samym tylnym wejściem, co poprzednio. O 7:50 mamy pociąg do Žyliny. Znowu rowery się oddaje, a wszystkie sakwy trzeba zdjąć. Nieopatrznie zajmujemy przedział dla matki z dzieckiem (w tym wagonie, co rowery, są same przedziały dla matki z dzieckiem!) i jacyś ludzie nas wyganiają, choć te dzieci wcale nie są bardzo małe, tak około sześć lat może mają. Najpierw przyszli jedni i zostały tylko trzy miejsca, więc podzieliliśmy czas jazdy pociągu na cztery i każdy miał trochę stać. Marek sobie postał, ja trochę. A tu przychodzi następna matka z dwoma dziećmi i zabiera następne trzy miejsca. W Žylinie mamy prawie godzinę. Potem jedziemy osobowym do Čadcy, a stamtąd za trzy minuty następny pociąg (właściwie to za minus ileś, bo ten poprzedni jest spóźniony). Tym razem chcemy się dostać jeszcze bliżej granicy, żeby nie trzeba było aż tak dużo podjeżdżać pod górę. Mamy bilety tylko do Skalite, a chcemy jechać do Skalite-Serafinow (to jest ostatnia stacja), no i konduktor nie chce nas puścić za darmo, musimy kupować bilety po 12 koron. Jakiś facet informuje nas, że możemy sobie skorzystać z turystycznego przejścia. Kawałek przejeżdżamy taką ścieżką i już jesteśmy w Zwardoniu, nie trzeba było zdobywać tej całej góry, z której poprzednio zjechaliśmy. Teraz korzystamy z usług PKP, pierwszy pociąg do Katowic, a stamtąd dalej. Ten do Katowic to właśnie ten jedyny w ciągu dnia na tej trasie, który ma wagon dla rowerów. No a dalej zwykła żółta jednostka, więc też bezproblemowo. Marek wysiada w Radzionkowie, mimo że tam nie mieszka, a Marcin nie, mimo że tam mieszka. I tak się rozstajemy, to już koniec wyprawy.

Uzupełnienia

  1. Mam taką fajną stopkę, która się czasem (a nawet często) sama rozkłada, szczególnie jak jest dziurawa droga. I potem jeżdżę sobie z otwartą stopką, podpiera mnie na zakrętach w lewo, jak się za bardzo pochylam.
  2. Czasem robimy sobie syf do picia, tzn. wrzucamy sobie jakieś multiwitaminki i inne takie do wody. Trochę to smaczniejsze niż tak samą wodę pić.
  3. Jeśli idzie o rozcieńczenie kaszki, to Marcin robi sobie zawsze taką całkiem rzadką, a Tomek całkiem gęstą (a my raczej podobną do Tomka niż do Marcina). Również kromki Tomek zawsze smaruje porządnie. Ja zresztą też, tyle że ja zostawiam tak z pół centymetra pustego od brzegu, żeby sobie nie pobrudzić rąk.
  4. Jak już o kaszkach, to Marcin zawsze postępuje zgodnie z instrukcją i wsypuje kaszkę do wody, my natomiast robimy zupełnie odwrotnie, co znacznie ułatwia rozmieszywanie.
  5. A w ogóle to mimo że mamy kuchenkę, to nikt nie wziął zapalniczki. Kupujemy ją drugiego dnia, za jeden euro.
  6. Na dworcu w Kaletach, w przeciwieństwie do wszystkich innych, trzeba przenosić rower po schodach, bo nie ma przejazdu. Tzn. jest, ale zamknięty. Była kiedyś ścieżka przez tory, ale teraz ją zagrodzili płotem.
  7. Takie sakwy to mocno stabilizują rower (szczególnie dotyczy to przednich chyba). Jak się je zdejmie to potem tak dziwnie się jeździ, strasznie rzuca rowerem. Potem przez pół godziny trzeba się przyzwyczajać i jeździ się wtedy jak pijany.
  8. Włochom bardzo słabo wychodzi mierzenie odległości. Najpierw widzimy tabliczkę do Wenecji 120 km, kawałek dalej 130, a jeszcze dalej 140. I więcej tego typu niedokładności, nawet chyba na jednym skrzyżowaniu występują dwie różne wartości.
  9. Częste pytanie to ile nas to kosztowało. Wydałem 100 euro za granicą, na przejazdy około 120 zł i drugie 120 na zakupy (głównie jedzenie) przed wyjazdem.
  10. Tomek i Marcin nie mają stopek i muszą zawsze opierać o coś rowery. Szczególnie Marcin ma z tym problemy (bo Tomek to jak trzeba to rzuci na ziemię i już).
  11. Przed Mariazell co kawałek są drzwi w skale. Później okazuje się, że biegnie tam wodociąg, z jakichś górskich zakątków Austrii płynie tędy woda do Wiednia.
  12. Jak masz jakieś uwagi, to pisz na emaila.
  13. Zdjęć jest jeszcze więcej - jak chcesz je zobaczyć, to zajdź do mnie. Chętnie też coś poopowiadam.

Zdjęcia


95 kB
Rozstawiamy namiot

90 kB
Różne kombinacje przy noclegu

136 kB
Postój przy cmentarzu

54 kB
Droga

64 kB
Marek pije syf

25 kB
Wiatrak (w tej okolicy jest ich sporo)

68 kB
Jest trochę pod górkę

57 kB

64 kB
Zamek

76 kB
Nocleg numer dwa

114 kB
Pierwsza porządna przełęcz

72 kB
A potem zjazd

44 kB
To w takim małym austriackim miasteczku

88 kB
Nocleg w cudzym namiocie

73 kB
Graz - ratusz czy coś

94 kB
Graz - schody

62 kB
Graz - wieża zegarowa

89 kB
Graz - widok na miasto

96 kB
Ale ten rower chudy bez sakw

95 kB
Widoki z wycieczki Marcina na cmentarz

89 kB
Miłe zwierzątka

132 kB
Inne miłe zwierzątka

74 kB
Jadę sobie

72 kB
Nocleg "przy kamieniach"

52 kB

104 kB
Krasnale

91 kB
Mostek

42 kB

121 kB

71 kB

106 kB
Drzwi w skale

107 kB
Granica Austria - Słowenia

51 kB

48 kB
Kawałek dalej śpimy

31 kB

35 kB

89 kB

52 kB

73 kB
Lublana

78 kB
Lublana

93 kB
Lublana

54 kB
Lublana - postój w bramie

93 kB
Nocleg na strychu

89 kB
Pies, który dwukrotnie ugryzł Tomka

139 kB

99 kB
Świerszcz - zgadnijcie na czym

81 kB
Triest

79 kB
Adriatyk

63 kB

48 kB

77 kB
Wenecja

137 kB

105 kB

88 kB
Wenecja

67 kB
Wenecja

71 kB
Wenecja

91 kB
Wenecja

93 kB
Wenecja

77 kB
Wenecja - główny kanał

93 kB
Wenecja

41 kB

88 kB
Remont koła

85 kB
Suszymy pranie

36 kB

53 kB

65 kB
A to już Garda!

70 kB

103 kB

70 kB

53 kB

76 kB

99 kB

61 kB

80 kB
Gdzieś tutaj spaliśmy

79 kB

49 kB

66 kB
Ostatnie spojrzenie na Gardę

74 kB

119 kB
Winnice

86 kB

32 kB
Zamek

33 kB

55 kB

67 kB

54 kB

64 kB

72 kB

48 kB

82 kB
passo Brocon

48 kB

78 kB

52 kB

48 kB

72 kB

147 kB

45 kB

43 kB

43 kB

37 kB

47 kB

38 kB

43 kB

54 kB

56 kB

93 kB
passo Rolle

60 kB
passo Rolle

91 kB
passo Rolle

31 kB

66 kB

58 kB

37 kB

82 kB
passo Rolle

56 kB

59 kB
Tędy wjeżdżaliśmy

68 kB
A tędy wjeżdżamy jeszcze wyżej

86 kB

62 kB

64 kB

64 kB
Krajobrazy marsowe

103 kB

71 kB

89 kB

74 kB

78 kB

84 kB

82 kB

75 kB
Krowy alpejskie (niestety nie znaleźliśmy fioletowych)

68 kB

103 kB

83 kB

87 kB

89 kB

66 kB

105 kB

58 kB
passo Valles

70 kB
passo Valles

85 kB
passo Valles

123 kB

86 kB
passo Sella (czyli najwyższy punkt wyprawy)

45 kB

66 kB

58 kB

49 kB

55 kB

56 kB

70 kB

53 kB
passo Sella

56 kB

53 kB

52 kB
Marmolada (najwyższe pasmo Dolomitów)

71 kB

34 kB

79 kB

58 kB
Widać drogę, którą jechaliśmy

44 kB

55 kB

106 kB

97 kB
Serwis rowerowy

111 kB
Nocleg z makaronem

49 kB
Super pogoda

77 kB
Na balkonie w elektrowni

43 kB
Wiatraki

Licznik: 509

Valid HTML 4.0!